Spotkałem się z najróżniejszymi opiniami Polaków na temat niemieckiej ochrony zdrowia - od bezkrytycznego zachwytu do rozczarowania i zniechęcenia. Zależy oczywiście na ile intensywnie ktoś musi z niej korzystać, ale też jaki ma benchmark w Polsce, bo tu też doświadczenia są różne. Jedno jest pewne - niemiecki system jest zupełnie różny od polskiego, i do tego trzeba się przywyczaić. Nie ma tu dużych przychodni ani prywatnych firm typu Luxmed czy Medicover. Każdy lekarz (na poziomie zwykłej opieki zdrowotnej a nie szpitali) prowadzi swoją własną praktykę, ewentualnie tworząc z kilkoma kolegami twory przypominające spółdzielnie lekarskie z czasów PRL. Trzeba sobie znaleźć lekarza domowego, czyli kogoś jak nasz lekarz pierwszego kontaktu, a potem przez niego trafia się do różnych specjalistów (chociaż można też się do nich próbować wbijać z ulicy). Cały ten proces jest mało scyfryzowany, to znaczy lekarza trzeba sobie znaleźć po prostu patrząc na tabliczki na budynkach czy szukając w Google, a potem zadzwonić i próbować się umówić. Z naciskiem na próbować, bo tu zaczynają się schody - lekarz musi chcieć nas przyjąć jako nowego pacjenta, a jego chęć jest bezpośrednio zależna od tego jak będziemy chcieli za leczenie zapłacić. Jeśli mamy ubezpieczenie w jednej z wielu kas chorych (zwane tu ubezpieczeniem „ustawowym”), to zwykle nie płacimy nic, ale lekarz musi na swoje wynagrodzenie poczekać, aż kasa mu rachunek uzna i opłaci. W związku z tym entuzjazm do przyjmowania nowych pacjentów z ubezpieczeniem ustawowym jest niewielki, a zakres usług ograniczony do tego, czego nie zakwestionuje kasa - więc mniej badań, tańsze plomby u dentysty itp. Co innego jeśli mamy ubezpieczenie prywatne - wychodzimy wtedy z systemu ustawowego i składkę płacimy prywatnemu zakładowi ubezpieczeń. Lekarz wystawia nam wtedy fakturę, którą wysyłamy do ubezpieczalni i, co do zasady, dostajemy zwrot. Takiego pacjenta oczywiście lekarz przyjmuje z otwartymi rękami i w pierwszej kolejności, bo kasę dostaje od ręki i bez ryzyka zakwestionowania czegokolwiek, a dogadywanie się z ubezpieczycielem zostawia już pacjentowi.
Moje osobiste doświadczenie jest takie, że po pierwsze jak przystało na prawdziwego lewaka ubezpieczyłem się w kasie chorych, a potem jak przystało na prawdziwego introwertyka kombinowałem jak wbić się do lekarza możliwie unikając dzwonienia i umawiania się przez telefon. Skutek tych doświadczeń jest taki, że po pierwsze odkryłem, że jest - kulawa, ale działająca - aplikacja na telefon próbująca agregować umawianie się do lekarzy. Po drugie, na biegusiu przepisałem się do ubezpieczenia prywatnego.
Brak komentarzy. Bądź pierwszą osobą, która skomentuje!
Dodaj komentarz